Zion National Park

U bram parku zostaliśmy zaskoczeni kolejką i niestety tabliczką, że nie ma już wolnych miejsc na kampingu.

Zion National Park


Kupiliśmy więc tylko kartę ważną przez rok na wszystkie parki narodowe i wjechaliśmy na parking obok visitor center. Po obejrzeniu eksponatów, pozbieraniu wszystkich ulotek, zasięgneliśmy informacji i okazało się, że istnieje możliwość rezerwacji miejsca na jednym z kampingów. Od razu zarezerwowaliśmy trzy noce. W większości parków narodowych nie ma możliwości wcześniejszej rezerwacji miejsc, które rozdawne są na zasadzie, „kto pierwszy, ten lepszy”. Po dokonaniu rezerwacji, wróciliśmy z powrotem do Springdale by poszukać kampingu jak najbliżej parku.



Miejsce uda
ło nam się znaleźć bez problemu i po ustawieniu samochodu i podłączeniu do wody, prądu i kanalizacji, wybraliśmy się na spacer z powrotem do parku. Tym razem szczegółowo przeanalizowaliśmy plan parku i ułożyliśmy wstępne plany na dzień następny. Rankiem przemieściliśmy się od razu do parku i udaliśmy się parkowym autobusem na zwiedzanie kanionu. Ze względu na bardzo dużą liczbę odwiedzająych wprowadzono w tym parku system autobusów, wożących turystów drogą parkową do wszystkich punktów widokowych. Kierowcy autobusów po drodze opowiadają o parku i służą informacją. Na początku byliśmy trochę sceptyczni, bo wydawało się nam, że jesteśmy zależni od kursów, ale potem przekonaliśmy się do tego systemu. Dużą zaletą jest to, że nie trzeba jeździć po przeważnie wąskich drogach ogromnym samochodem, stać w ewentualnych korkach, szukać miejsc do parkowania no i zanieczyszczać środowiska spalinami i hałasem. A czekać też nigdy nie musieliśmy, bo autobusy jeżdżą od rana do wieczora co siedem minut.

09200005


Najpierw pojechali
śmy więc do ostatniego przystanku, podziwiając z okien niesamowite formacje skalne. Na końcu drogi zaczyna się szlak wzdłuż brzegu rzeki, tzw. River Walk. Najpierw jest to utwardzona droga wzdłuż skał, w pewnym momencie kanion zaczyna się coraz bardziej zwężać. Tam też kończy się szlak i dalszą wędrówkę można kontnuować w korycie rzeki, w tzw. the Narrows. My jednak nie zdecydowaliśmy się na to, mimo że podobno rzeka była wyjątkowo ciepła (ok. 12 st.) i nie było zagrożenia flash floods.

09200016


Zjawisko to wyst
ępuje głównie latem i spowodowane jest opadami, które mogą wystąpić nawet bardzo daleko od kanionu a powodują kilkusekundowy wzrost rwącej wody i potrafią zabić osoby, przebywające w tym czasie w kanionie. The Narrows jest bardzo popularnym szlakiem – można wybrać się tylko na jednodniową wędrówkę a także na kilka dni z noclegiem na specjalnych platformach, przystosowanych do spania. My jednak wróciliśmy z powrotem do punktu wyjścia i wracając wysiadaliśmy na wszystkich przystankach. Najpiękniejszym miejscem jest zdecydowanie Big Bend – tam kanion zakręca i dookoła wznoszą się pionowe, niesamowicie strome ściany. Jedna z nich to Angels Landing, na szycie której widzieliśmy małe figurki turystów. Następny przystanek to Whipping rock – po krótkim podejściu dociera się do skały, z której kapie woda. Nie jest to jednak wodospad a małe strumyczki wody, która gromadzi się w wolnych przestrzeniach wewnątrz tej wapiennej skały. Whipping rock to właściwie taka skalna nisza, gdy się w nią wejdzie można podziwiać krajobraz kanionu poprzez kapiącą wodę. W międzyczasie już byliśmy nieźle zmęczeni, przede wszystkim upałem, ale ja koniecznie jeszcze chciałam pójść do Emerald Pools. Micha, niezbyt chętnie, poszedł ze mną. Najpierw szlak prowadził do Lower Emerald Pool, który był praktycznie wyschnięty, gdyż zasilający go wodospad również nie miał wody.



Doszliśmy jeszcze do Middle Emerald Pool, który miał jeszcze mniej wody. Micha rozczarowany jeziorkami i zmęczony upałem zdecydował się czekać a ja jeszcze poszłam do Upper Pool, który okazał się być najładniejszy z wszystkich. Jeziorko mieści się bowiem bezpośrednio przy prostopadłych, wysokich na jakieś 300-400 metrów ścianach kanionu, które otaczają je z trzech stron. Po tej wyprawie byliśmy tak zmęczeni, że udaliśmy się od razu do autobusu. Po drodze wysiedliśmy jeszcze na przystanku muzeum, żeby zobaczyć ekspozycje i film o Zion a potem już pojechaliśmy prosto do auta wyciągnąć zmęczone nogi. W większości parków pracownicy oferują mnóstwo ciekawych programów: od odczytów po wspólne wędrówki. Tego wieczora wybrałam się na właśnie taki odczyt, który odbywał się tuż po zmroku w małym amfiteatrze, mieszczącym się na kampingu. Jedna z rangerów opowiadała o zagrożeniach na jakie można napotkać w parku. Wykład był bardzo interesujący i dowcipny. Trzeba przyznać, że w tej dziedzinie Amerykanie są bardzo dobrze przygotowani: starają się wprowadzać wiele efektów audiowizualnych, dowcipów, wypowiedzi popierają mnóstwem przykładów. Po wykładzie byłam już tak strasznie zmęczona, że marzyłam tylko o padnięciu do łóżka, zwłaszcza, że następnego dnia postanowiliśmy wspiąć się na Angels Landing (1765 m n.p.m.). Dlatego też wstaliśmy dosyć wcześnie, żeby wyruszyć przed największym upałem. Początkowo szlak był dosyć płaski, tylko przed sobą widzieliśmy pionową ścianę, na której szczyt mieliśmy się wspiąć.

09200023


Stopniowo te
ż zaczęliśmy wspinać się serepntynami po zboczu. Muszę dodać, że akurat to zbocze było nasłonecznione, tak że wspinaczka była coraz bardziej męcząca. W pewnym momencie serpentyny się kończyły i stanęliśmy przed litą skałą, podziwiając wspaniały widok na dolinę. To jednak nie był koniec naszej wędrówki, za skałą szlak skręcał wgłąb jednego z bocznych kanionów o nazwie Refrigerator Canyon, który faktycznie był ocieniony i dosyć chłodny. Jakiś czas szliśmy po dość płaskim terenie, na dnie „kanionu lodówkowego”. W pewnym momencie szlak zakręcał w górę i znów wspinaliśmy się po zboczu. Po krótkiej wspinaczce nareszcie doszliśmy do słynnych Walters Wiggles – wykutych w ścianie dość szerokich schodów. Po pokonaniu ich znaleźliśmy się praktycznie na samej górze ściany kanionu. Jeszcze tylko kawałek po ogromnych głazach nad przepaścią – na szczęście były łańcuchy - i przed nami roztoczył się niesamowity widok na kanion. Dopiero jak doszliśmy do tego punktu widokowego okazało się, że to jeszcze nie jest szczyt Angels Landing. Przed nami widoczna była mała przełęcz o szerokości może 1 metra, kamienista i umocniona łańcuchami.

09210032


W
łaśnie ten wąski grzbiet trzeba było pokonać, żeby znaleźć się na szczycie. My już z tego odcinka zrezygnowaliśmy, głównie ze względu na mój lęk wysokości, no i pokonanie 450 metrów wysokości w czterdziestostopniowym upale zupełnie nas zadowalało. Z resztą z tego miejsca mieliśmy już absolutnie wspaniały widok i spędziliśmy tam dużo czasu, robiąc zdjęcia i patrząc na małe figurki osób, wysiadających na przystanku Big Bend, z którego my sami dzień wcześniej spoglądaliśmy w górę. Tymczasem czekało nas jeszcze czasochłonne zejście na dół. Teraz już cała ściana i boczny kanion były nasłonecznione a temeperatura powietrza wynosiła grubo ponad 35 stopni. Gdy dotarliśmy na dno kanionu, marzyliśmy tylko, żeby jak najszybciej znaleźć się w klimatyzowanym samochodzie. Resztę popołudnia spędziliśmy relaksując się, a wieczorem znów wybraliśmy się na odczyt do amfiteatru. Tym razem tematem było nocne życie zwierząt. Wykładowi towarzyszyły znów slajdy, a nawet nagrania nocnych odgłosów zwierząt.