Z Las Vegas do Los Angeles



Granica między Nevadą a Kalifornią nie niosła ze sobą wiekszych zmian w krajobrazie – pustynne regiony porośnięte jedynie Joshua Tree – charakterystycznymi krzewami nazwanymi tak przez Mormonów, którym przypominały ukrzyżowanego Jezusa. Wkrótce dotarliśmy do pustyni Mojave, która w większości pokryta jest kamieniami i porośnięta właśnie Joshua Trees. Gdzie niegdzie przebłyskały obszary pokryte piaskiem lub słone jeziora. Obszary takie ciągnęły się po pasma górskie, sięgające Pacyfiku. Po pokonaniu San Bernardino Mountains, zjeżdżaliśmy już w dolinę miasta San Bernardino.

10070003


Po pokonaniu bariery gór, zmieniła się też aura – zniknęło słońce a niebo było pokryte chmurami. To zimne wody Pacyfiku, które napotykają na rozgrzane wybrzeże Kalifornii, powodują powstawanie tych chmur. Cała aglomeracja Los Angeles nie nadaje się praktycznie do zwiedzania tak wielkimi samochodami jak nasz, no i niestety jest tam zaledwie kilka kempingów i wszystkie leżą troche na uboczu. My postanowiliśmy spróbowac dostać miejsce w jednym z parków stanowych. Tak więc musieliśmy przjechać przez niezliczoną ilość miast by dotrzeć do gór Santa Monica, a potem przez góry dojechać do Pacyfiku, gdzie mieścił się wybrany przez nas park.



Niestety, tak jak się spodziewaliśmy, miejsc ze względu na zbliżający się weekend już nie było. Naszą ostatnią szansą na pięknie położone miejsce, był prywatny kemping w Malibu. Tak więc ruszyliśmy słynną drogą nr 1 wzdłuż Pacyfiku. Bez problemu znaleźliśmy kemping i również bez problemu dostaliśmy miejsce. Kemping położony jest na zboczu wzgórz, które opadają wprost do Pacyfiku. Malibu przyklejone jest do ich stoków, lub domy stoją wprost na plaży. Dzięki temu położeniu mieliśmy piękny widok na ocean.