Z Las Vegas do Berlin

To było naprawdę cieżkie wstawanie ale wspólnymi siłami i w szybkim tempie udało nam się upchać wszystko w walizkach i wyglancować auto. Potem już tylko prosto do wypożyczalni.

10070001


Oddawanie auta trwało praktycznie kilka minut i byliśmy gotowi do odjazdu. Musieliśmy tylko chwilę zaczekać na transport do lotniska. Nie starczyło nam już czasu na śniadnanie i planowaliśmy dopiero coś zjeść na lotnisku. Niebawem też przyjechał nasz transport i bez problemów dotarliśmy na lotnisko i przeszliśmy przez check in. Z kartami pokładowymi w ręce, udaliśmy się na poszukiwanie czegoś fajnego do jedzenia. Po tym jak ujrzeliśmy kanapkę z bekonem, kiełbaskami z grilla (dużymi), sałatą i serem – wszystko w tej jednej kanapce! - stwierdziliśmy, że może jednak zjemy coś mniejszego, tak mniej więcej wielkości Big Maca. W końcu musieliśmy sie zadowolić pizzą z Pizza Hut. Czas zleciał nam dość szybko i niebawem siedzieliśmy w samolocie do Denver. Ja się nastawiałam, że jeszcze raz zobaczę wszystkie kaniony z góry i bardzo usiłowałam nie zasnąć. Niestety, nawet nie zorientowałam się kiedy wystartowaliśmy. Na szczęście obudziłam się na czas, tzn. gdy lecieliśmy nad Hoover Dam, a potem wzdłuż Colorado, tak więc widzieliśmy kanion w całej okazałości. Nawet udało się nam zobaczyć drogę dojazdową do ściany północnej i dym pożaru



źniej lecieliśmy nad Canyonlands oraz widzieliśmy Capitol Reef jak na dłoni. No a potem to tylko Góry Skaliste z ośnieżonymi szczytami i już lądowaliśmy w Denver. Micha wogóle cały czas się obawiał, że przyjdzie mu w samolocie siedzieć koło tłustej Amerykanki. No i jak tylko weszliśmy na pokład w Las Vegas, zobaczyliśmy podążającą w przejściu parę! Każde z nich grubo ponad 100 kg. Koło Michi było jedno wolne miejsce i już robiliśmy zakłady, kto koło niego siądzie. Na szczęście była to męska połowa pary. Na szczęście, bo on był jakieś 20 kg chudszy. Przy jedzeniu zaobserwowaliśmy, że kobieta nawet nie mogła otowrzyć stoliczka przed sobą. Na lotnisku w Denver mieliśmy znów trochę czasu, więc popodziwialiśmy architekturę i po mału odszukaliśmy nasz terminal. Następny etap kończył się już we Frankfurcie i nie był zbyt spektakularny, bo go właściwie przespaliśmy. Obawialiśmy się strasznego zimna w Niemczech, ale na szczęście temperatura była dodatnia. No a z Frankfurtu to już tylko rzut beretem do Berlina i szarej rzeczywistości!