Z Grand Canyon do Las Vegas

Najpierw zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Kanab, słynącym z tego, że w jego okolicach kręconych było mnóstwo westernów. W Kanab zdecydowaliśmy, że na noc zatrzymamy się w Pink Corral Sand Dunes State Park, słynącym z wydm o pomarańczowo-koralowym kolorze.



Do parku dotarliśmy bez problemu i mimo, że miejsca kempingowe były świeżo wyremontowane to robotnicy zapomnieli je wypoziomować, tak że na każdym z nich staliśmy krzywo, do tego zaczęło lać i cała okolica zamieniła się w pomarańczowe błotko. Szybko nam się odechciało zostania tam na noc i stwierdziliśmy, że jedziemy gdzie indziej.

10020012


Na mapie zobaczliśmy, że nie musimy wracać tą samą drogą, tylko możemy jechać dalej aż do Arizony. Wprawdzie na mapie było widać, że droga ta jednak od pewnego momentu jest nieutwardzona ale Micha jednak zdecydował, że ryzykujemy. Do granicy Utah z Arizoną jechaliśmy po pięknym asfalcie, który kończył sie dokładnie w tym miejscu. Na szczęście dalsza część była pokryta piachem, który właśnie był wyrównywany przez walec, tak że jakoś nam udało się dalej jechać. Gdyby nie lejący deszcz byłoby perfekcyjnie.



W trakcie jazdy podj
ęliśmy spontaniczną decyzję, że jedziemy z powrotem do Las Vegas i dalej do Los Angeles. Po drodze, gdy ustał deszcz, a my dotarliśmy do pięknego asfaltu, mineliśmy jeszcze raz Zion, tym razem od strony południowej. A potem nasza droga prowadziła już bez przeszkód do Las Vegas, gdzie dotarliśmy późnym wieczorem. Jak już wspominałam w czasie lotu zaginęło jedno z naszych krzeseł turystycznych, więc postanowiliśmy spróbować je odnaleźć, żeby choć na koniec urlopu z niego skorzystać. Po telefonie do United wiedzieliśmy już, że nasze krzesło zostało zdeponowane w hotelu, mimo że prosiliśmy o zachowanie go na lotnisku. W gruncie rzeczy jednak było nam prościej dojechać do hotelu, więc nie narzekaliśmy.

10040005


Postanowiliśmy wykorzystać źną porę i mniejszy ruch i nie jechaliśmy autostradą lecz Stripem – czyli główną ulicą Vegas. Obok hotelu znaleźliśmy miejsce tylko na parkingu do krótkiego postoju, więc Micha został w aucie, a ja poszłam szukać krzesła. Oczywiście żeby dotrzeć do recepcji musiałam się przedrzeć przez całe kasyno. W recepcji dowiedziałam się, że krzesełka nie mają i mam iść do okienka rzeczy znalezionych. Oczywiście szukając je znów się zgubiłam w kasynie. W rzeczach znalezionych krzesełka nie mieli, a pan wykonawszy kilka telefonów kazał mi wrócić do recepcji i tam faktycznie jednak było.



Dodam jeszcze, że jak wracałam do recepcji to okazało się, że droga jest super prosta i nie wiem jakim cudem się mogłam zgubić. Gdy wróciłam do auta mogliśmy już spokojnie jechać w kierunku Kalifornii. Tego wieczora, a właściwie już nocy dotarliśmy do miasteczka Prim, tuż przed granicą kalifornijską. Miasteczko to składa się właściwie tylko z dwóch kasyn i tablic świetlnych. W jednym z nich zjedliśmy ogromną kolację, a potem rzuciliśmy się w szał hazardu. Naszą miłością stała się ruletka. Nawet sobie nie wyobrażaliśmy jak ta gra może wciągnąć! Nie mogliśmy jednak szaleć całą noc, bo następnego ranka wcześnie wyruszaliśmy.