Z Capitol Reef do Arches

Następnego dnia chcieliśmy się dostać do Arches National Park i nocować na tamtejszym kempingu. Niestety sztuka ta ponownie się nam nie udała, mimo że dotarliśmy do parku dość wcześnie. Tak więc odwiedziliśmy tylko visitor center, w którym od razu zapisaliśmy się na wycieczkę, prowadzoną przez jednego z rangerów przez Fiery Furnace – jedną z parkowych formacji, niedostępną dla osób wędrujących samodzielnie. Fiery Furnace to plątanina ogromnych skał, w których skryte są gdzie niegdzie słynne łuki. Jednak nie ma tam wody i łatwo sie zgubić w tym labiryncie

09260013



Zanim wybraliśmy się na zwiedzanie parku, postanowiliśmy zatroszczyć się o miejsce kempingowe ze względu na zbliżający się weekend. Mieliśmy szczęście znaleźć pięknie położony kamping, tuż nad brzegiem Colorado, w jej dolinie, otoczonej stromymi, wysokimi skałami.




Po zarezerwowaniu miejsca od razu wrócili
śmy do parku. By wjechać na teren parku trzeba pokonać dwieście metrów drogą wijącą się po stromym zboczu. Pozostawiwszy serpentyny za sobą, znaleźliśmy się na płaskowyżu, obejmującym wszystkie atrakcje parku. Pierwszą z nich są ogromne bloki skalne przypominające swoją formą budynki czy wręcz postaci. Otrzymały one też odpowiednie nazwy, np. 5th Avenue czy Courthouse Towers (Wieże Sądowe).


09260007


Mi one przypomina
ły raczej trzech króli ale myślę, że każdemu fantazja podpowiada coś innego. Następny punkt widokowy to miejsce, w którym znajduje się tzw. balanced rock, czyli dużych rozmiarów skała osadzona na o wiele mniejszej. Patrząc na nią ma się wrażenie, że lada chwila może spaść. My jednak chcieliśmy wreszcie widzieć łuki. Następny punkt widokowy miał nam dostarczyć oczekiwanych atrakcji. Krótki szlak prowadził do dwóch łuków, położonych obok siebie i nazwanych South i North Window. Obok nich był jeszcze jeden, z daleka niewidoczny łuk – Turret Arch. Po drugiej stronie parkingu szlak prowadził do Double Arch – miejsca, w którym dwa łuki ułożone są nad sobą.



Nam jednak by
ło wciąż mało łuków, więc wyruszyliśmy w dalszą drogę przez płaskowyż pokryty skamieniałymi wydmami. Droga zaczęła nam się już dłużyć i byliśmy coraz bardziej rozczarowani parkiem. Po drodze minęliśmy Fiery Furnace, który mieliśmy zwiedzać dnia następnego oraz punkt z widokiem na Delicate Arch. Muszę przyznać, że z daleka ten podobno najpiękniejszy łuk parku rozczarował. Wreszcie dojechaliśmy do końca drogi parkowej, gdzie mieścił się kemping i rozpoczynał szlak do największego łuku – Landscape Arch. Na początku trzeba przejść przez pionowo ustawione bolki skalne nazwane Devil Garden (Diabelski Ogród). Potem szlak prowadzi obok dwóch innych nieciekawych łuków aż dociera do Landscape Arch. Niesety od czasu gdy w latach osiemdziesiątych duża część tego łuku się obsuneła, nie można wchodzić na skały leżące pod nim. Nie była to najlepsza pora dnia na zdjęcia, gdyż łuk był zacieniony i właściwie nie robił wielkiego wrażenia. Micha, zmęczony upałem, wrócił do auta a ja postanowiłam podejść pięknym szlakiem, wiodącym zboczem skały do dwóch innych łuków – Mojave Arch: ukrywającego za sobą mała jaskinię oraz Partition Arch, przez który rozpościera sie wspaniały widok na okolicę, gdyż położony on jest dość wysoko.


09260021


Po tej w
ędrówce nadszedł czas na opuszczenie parku. Zanim jednak wróciliśmy na nasz kemping, pojechaliśmy do Moab. Po pustynnych regionach, Moab to prawdziwa oaza – jest to symptyczne miasteczko z chodnikami!, knajpkami i niezliczoną ilością biur, organizujących wyprawy na rowerach górskich lub jeepami. Większość terenów wkoło Moab oraz tych, należących do parku Canyonlands, pokryta jest siecią nieutwardzonych dróg, które można pokonać tylko samochodem terenowym z napędem na cztery koła. Spacerując po Moab zdecydowaliśmy się na wynajęcie jeepa. Ponieważ na następny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę z rangerem, postanowiliśmy zostać w Moab dzień dłużej i wybrać się na wyprawę jeepem w niedzielę. Po tym wyczerpującym dniu szybko poszliśmy spać zwłaszcza, że nastepnęgo dnia już o 10:00 zaczynała się wycieczka. O dziwo udało nam się dotrzeć na czas i nawet zjeść śniadanie. Wycieczkę prowadziła pani ranger. Na początku opowiadała o historii parku i rodzajach skał. Dosyć długo szliśmy wśród luźno rozrzuconych bloków sklanych i dowiadywaliśmy się ciekawych rzeczy na temat flory i fauny parku. My jednak cały czas czekaliśmy na obiecane atrakcje, czyli wspinaczki w plątninie skał i nad szczelinami. Faktycznie po jakimś czasie zagłębiliśmy sie w Fiery Furnace czyli płonący piec. Miejsce to nazwane zostało tak ze względu na skały, które w świetle zachodzącego słońca przybierają czerwoną barwę i wyglądają jakby płonęły. Tam też ranger wyjaśniła nam, gdzie się podziało te ponad dwa tysiące łuków, z których słynie park. Okazało się, że szczelina skalna otrzymuje miano łuku, gdy prześwit wynosi w obojętnie którą stronę przynajmniej jeden metr. W ten sposób mogliśmy zobaczyć łuki, których nigdy byśmy jako takich nie zidentyfikowali, bo były to na przykład wąskie szczeliny skalne, tuż przy brzegu uskoku. Muszę jednak przyznać, że po drodze widzieliśmy też kilka pięknych łuków jak na przykład Surprise Arch czy Twin Arch.

09270012


W końcu też dotarliśmy do tych podobno stromych i skomplikowanych przejść, które okazały się trudne tylko dla starszych Amerykanów. Ale rzeczywiście szlak był interesujący i widowiskowy i nie żałowaliśmy, że zdecydoaliśmy się na tą wyprawę. W międzyczasie mieliśmy też już nową ksywkę na Amerykanów. Otóż po niemiecku popularnie nazywani są oni określeniem „Amis” – my natmoiast użylismy niemieckiego słowa, okręślającego hałas „Lärm“ i ochrzciliśmy ich Lärmis. Ten naród niestety nie jest w stanie porozumiewac się cicho i śmialiśmy się, że wszyscy Amerykanie mają w krtani tubę. Szczególnie dokuczliwe jest to na takich właśnie wędrówkach w górach.
Tymczasem my, zach
ęceni przez innych turystów, postanowiliśmy się jednak wybrać na wspinaczkę do Delicate Arch, który dzień wcześniej widzieliśmy z daleka. Początkowo szlak prowadził po stosunkowo płaskim terenie. Wkrótce jednak trzeba było wspiąć się na stromą, nagą skałę w popołudniowym upale. Gdy pokonaliśmy większość skały Micha niestety uznał, że nie ma siły na dalszą wspinaczkę więc postanowiłam iść sama.




Szlak wciąż prowadził po skale ale nie był już tak stromy. Po dość długiej i wyczerpującej wędrówce dotarłam do wykutej na zboczu skały ścieżki. Na końcu ścieżki całkiem niespodziewanie, za zakrętem, pojawił się Delicate Arch. Muszę przyznać, że robi niesamowie wrażenie. To chyba jedyny wolno stojący łuk w parku. Stoi on w otoczeniu skał a za nim rozpościera się przepaść. Gdy siedziałam i podziwiałam łuk nagle dotarł też Micha. Było jednak tak gorąco, że nie spędziliśmy zbyt dużo czasu na skałach lecz wyruszyliśmy w drogę powrotną. To już były nasze ostatnie chwile w parku, następnego dnia czekała nas przygoda na drogach Canyonlands.