Żeglowanie na Filipinach

Manila

Wreszcie lądujemy w Manili. Nie mogę się doczekać tego miasta – większość dostępnych nam źródeł nie wyrażała się zbyt pochlebnie o Manili. Spodziewamy się biedy, slumsów, żebraków, brudu i braku chodników. Slumsy widać z samolotu, rozciągają się wokół lotniska, ale w porównaniu z tymi, które widzieliśmy w Los Angeles, to wręcz luksusowe mieszkania!

02250017

Lotnisko w Manili słynnie z ogromnych tłumów, niezliczonych kontroli oraz długich kolejek. Mieliśmy szczęście, nie było żadnych kolejek, bagaż dostaliśmy bardzo szybko i parę chwil później szukaliśmy syna mojego znajomego z Berlina Ramona, który miał nas odebrać. Odnaleźliśmy się od razu i po odebraniu naszych biletów na lot do Dumaguete dotarliśmy do hotelu, gdzie przekazaliśmy mu prezenty od rodziców. Cóż za bezproblemowa podróż!



Mieszkamy w dzielnicy Makati – centrum handlowe Manili, pe
łne wieżowców, biurowców, ambasad i oczywiście ogromnych centrów zakupowych. Ponieważ mamy właściwie tylko jeden dzień do dyspozycji, spędzamy go w centrach zakupowych. Jak zwyke jesteśmy pod wrażeniem ich rozmachu, różnorodności towarów, no i niewiarygodnie niskich cen.

Czytamy maila od Wolfganga (z którym na jego katamaranie spędzimy resztę urlopu) – radzi nam skontaktować się z jego znajomym Felixem. Felix jest Niemcem, mieszka w Manili już trzynaście lat, jego żona jest Filipinką i mają trzyletnią córcię Helenkę. Felix opowiada nam wiele ciekawych rzeczy o Filipinach podczas gdy my próbujemy filipińskich potraw i ćwiczymy pierwsze słowa w tagalog. Felix jest tak symatyczny, że spędzamy resztę wieczoru z nim.



Przemieszczamy się z położonej w Manila Bay restauracji do dzielnicy Ermita – to najbardziej turystyczna dzielnica Manili, pełna knajpek, hoteli, pulsujących życiem ulic. Felix zabiera nas do knajpki prowadzonej przez jego znajomego Niemca. Atmosfera jest świetna, wystrój też, który nawiązuje do naszej pasji czyli świata podwodnego. Właściciel jest fotografem i z zamiłowania nurkiem. Rum z colą tani więc siedzimy, poijamy, rozmawiamy...aż okazuje się, że właściciel ma na imię Adam i właściwie to pochodzi z Rudy Śląskiej....Niestety jego polski pozostawia wiele do życzenia, ponieważ wyemigrował do Niemiec w wieku trzynastu lat. Od tego momentu wszystkie rumy z colą są na koszt właściciela. Świetna sprawa, mogłabym spotykać Polaków codziennie. Kończymy po sześciu kolejkach. Czas wracać do hotelu, następnego dnia lecimy na Negros.